poniedziałek, 25 października 2010

Nie chcę.

Czasem każdy czegoś nie chce. 

Inni koniecznie muszą znać odpowiedź na pytanie: "Dlaczego?"



Czy moje "nie chcę" wymaga uzasadnienia? Czy muszę się tłumaczyć z tego, że "nie chcę"? Czy nie wystarczy sam fakt: nie chcę?



Sam nie wiem.



Czasem osoby, na których mi zależy, które szanuję pytają mnie: "Dlaczego nie". Odczuwam obowiązek wyjaśnienia im tego. Źle się czuję, jeśli nie potrafię uzasadnić swojej decyzji i w efekcie zmieniam ją i robię coś wbrew sobie ku zadowoleniu innych. Czy należy robić takie rzeczy dla innych? Czy to nie jest manipulacją, wymuszaniem z ich strony (może nieświadomym)?



Chyba trudno mnie lubić, gdy na pytanie: "Dlaczego" odpowiadam: "Nie muszę tego uzasadniać. Nie chcę i już". Czy jednak na tym nie polega wolność. To mój wybór i moja wolność. Zmuszanie mnie (manipulowanie mną) do zmiany tej decyzji jest jej ograniczaniem, czyż nie?

piątek, 24 września 2010

Czy można mieć wszystko?

Przecież wiadomo, że nie - tylko dlaczego? Dlaczego musimy rezygnować z jednego by mieć co innego.
Dlaczego nie ma kobiet idealnych, dlaczego jedna jest ładna a druga inteligentna - jak znaleźć rozwiązanie idealne - złoty środek?
Czy Ying Yang jest prawdą? Czy na zawsze muszę się pogodzić z tym że ideał nie istnieje? Czy poszukiwania kamienia filozoficznego mam zakończyć?

Dokąd mnie to zaprowadzi? Szukam, szukam - żyje wspomnieniami, które idealizują mój obraz tego co piękne i pożądane co jeszcze utrudnia szukanie. A może własnie szukania mi trzeba? Może właśnie o to chodzi by być cały czas w drodze, nie liczy się wynik tylko ścieżka?

Czasem chciałbym już zakończyć, czasem wydaje mi się, że znalazłem lecz albo okazuje się, że jednak nie albo, co bywa najbardziej frustrujące - mój ideał odchodzi… Pozostawia mnie tylko z niejasnym przeczuciem, że straciłem coś ulotnego, coś, co może stałoby się wielkie…

Z jednej strony czuję, że ideał kobiety to jakiś wiatrak jest z którym przyszło mi się zmierzyć. W tym sensie zastanawiam się czy ja w ogóle jestem normalny, że tego nie porzucam. Z drugiej mam cały czas przeczucie, że gdzieś jest i na mnie czeka, że uda mi się ją wydobyć z zakamarku świata i przytulić i mieć i być i trwać. Wtedy nastąpi koniec drogi przez którą kroczę obecnie.

Czy to mnie wyzwoli, czy wręcz przeciwnie - uwięzi na tyle długo bym znów poczuł, że ideału nie ma i znów zaczął wędrówkę swoją przez bezdroża miałkości i płaskości stając się znów cynikiem, małostkowym gnojkiem, zadufanym, pewnym siebie egocentrykiem, który odczuwa że posiadł monopol na prawdę i wiedzę ostateczną?

Myśli mi po głowie skaczą. Tęsknota do zbioru "prawie ideałów" jaki sobie ułożyłem mnie powala. Każda była prawie i choć "prawie" robi różnicę to wszystko to co nie robi różnicy fascynuje mnie i z czasem wierzę że to prawie było bardzo malutkie i tęskno mi do tych chwil ulotnych. Wspomnienia… nostalgia… czy to wypada? Dlaczegóż umysł mi takie figle płata.

Kiedy siadam i z rozsądkiem mówię sobie: "Głupiś". To wszystko co napisałeś to jakaś paplanina - nic nie znaczący zestaw paru przydługich zdań. Wierzę że tak jest. Czasem jednak dopuszczę do głowy myśl: "Ale wtedy to było…" i znów nachodzą mi obrazy przed oczy i ich "widok" przypomina kolejne i kolejne i znów wpadam w nastrój "niebieski"…

Tak krążę pomiędzy poziomami. Staram się osiągać spokój i równowagę ale to trudne jest…

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Żeby chorować to trzeba mieć zdrowie

Starasz się, o zdrowie dbasz;

zgodnie z zasadami grasz;

nie żresz, ćwiczysz, wszystko dasz;

aby ciało w zdrowiu mieć;

(przeciez trzeba tylko chcieć).



A w nagrodę zdrowie daje ci szlachetnie kopa w dupe...





Ja tam do chorowitych nie należę, grypę mam raz na 5 lat, zimno mi nie przeszkadza tylko ortopedę nazbyt często odwiedzam ale to nie z chorowitości raczej....



Ale żeby trafić do szpitala w wigilie i to PRZED kolacją, słowem na czczo... Murphy był chyba optymistą...

Rozpoznanie: "zawroty głowy" ale żeby tak głupio nie brzmiało zapisali: "vertigo" :)



Badania wszystkie porobili - znaczy próbki pobrali, fotki strzelili ale przecież wyniki dopiero po świętach. Lekarz też człowiek i od Euklidesa przerwę też mieć musi. No ale szpital też pracować musi... Rada się zawsze znajdzie (trzeba tylko chcieć). Co dzień inny praktykanto-stażysto-nowicjusz mnie badał. Codziennie (a czasem i dwa razy) te same pytania: a ręce w górę, a nogi, a idź prosto a zamknij oczy, a palcem do nosa i młoteczkiem w kolanko, i w piętkę i znów w kolanko... (wbrew pozorom nie trafiłem do czubków - to tylko oddział neurologiczny).



No ale żeby nie było, że służba nic nie robi to zrobili: pobrali mi płyn "rdzeniowo-kręgowy" czy jakoś tam (inaczej mówiąc punkcja lędźwiowa) na które to musiałem podpisać zgodę (z podejrzeniem o nie teges z głową każą mi oświadczać że wiem o co chodzi i że się zgadzam - nie wiem co na to prawnicy - szczególnie amerykańscy... ale do rzeczy, bo się rozmarzyłem).



Po punkcji występuje "zespół po punkcyjny" (logiczne, nie?), który objawia się kacem, że ja pierdziu... Czułem się jakbym Chivasa popijał Becherovką i zagryzał wisienkami Moi Cheri i tak przez 4 dni... Nie ma takiej tabletki ani kroplówki na ten ból.



"Przejdzie panu - niech pan dużo pije"



Piłem trzy litry wody dziennie aż doszedłem do wniosku że może to taki wkręt: „nie wody – matole” :)

Z piątym dniem przyszedł poniedziałek a wraz z nim doświadczeni lekarze, którzy nie takiego kaca leczyli. Okazało się, że dwoma zastrzykami i jedną kroplówką dało się gnoja pogonić... Zawroty zostały, ale po czterech dobach rozpadającej się na kawałki czaszki to pan pikuś...



Komfort życia tak mi się podniósł, że nie przeszkadza mi brak mydła i srajtaśmy w kiblu ani nawet brak zamka pod jedynym prysznicem na cały oddział, ani nawet to że chodzę zygzakiem. Postanowiłem szybko napisać pean pochwalny na szpital Wojewódzki i wtedy przyszła refleksja...



Z czego się debilu cieszysz. Trafiłeś tu z zawrotami głowy, nie?



-------



Oczywiście wyników w poniedziałek nie ma bo się laborantom daty pomyliły, bidactwa, ale zrobią na wtorek. Tu przecież czas płynie inaczej. Jeden dzień nie ma znaczenia, bo czymże on jest wobec bezmiaru dobroci pani Służby Zdrowia...

czwartek, 25 grudnia 2008

Smutno mi Panie

Gdy na śniadanie,
Zasiadam samotnie,
Nikt dłoni nie dotknie,
Nikt słowa nie powie,
Tylko te co mam w głowie,
I gdy pomyślę, że tak już zostanie,
Smutno mi Panie.

"Samotność to taka wielka trwoga..."

piątek, 25 lipca 2008

Ying Yang i Wu Wei

Bo żeby śmiac mógł się ktoś, płakać musi ktoś...

To element odwiecznej walki Świata o równowagę pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Trochę to nadymane i górnolotnie filozoficzne ale bardzo prawdziwe. 

Ameryki nie odkryłem powiedzą niektórzy, to fakt ale czy wiedząc o tym stosujemy tę mysl na codzień? 
A po co?
A bo ułatwia życie.

Zyjemy w stresujących czasach, każdy ma jakiegoś szefa, teścia czy rodzica, każdy musi sprzątać, skakać po piwo czy nawet wulgarnie powiem: robić loda bez zająknięcia - słowem każdy dzwiga swój krzyż. Każdy ma swoje frustracje, każdy chyba chciałby być czasem kimś innym, znaleźć się w innym miejscu, innym otoczeniu, olać cały ten świat...

Wszystkie stresy, smutki i cały nasz codzienny młyn trzeba na kims wyładować. Na kogo trafia najczęściej? Tak, tak, na naszych bliskich, dzieciach, żonie, partnerze...

Mnie to spotyka często. Dopiero rankiem dnia następnego uświadamiam sobie jaki ja głupi jestem. Dlaczego krzywdzę osobę, na której mi zależy, dlaczego jestem nie miły dla dziecka, które nie jest winne absolutnie niczego...
A kto jest?
Ja sam. Każdy jest kowalem swojego losu - mogę sobie wmawiać, że nie urodziłem się szejkiem, że akurat taka władza, że nie mam talentu, nie umiem śpiewać ale to wymówki tylko. Gdybym uwierzył, że to możliwe to byłbym gwiazdą - tylko problem w tym, że w to kompletnie nie wierzę, a wraz ze mną nikt inny :))
Mądrzy Chińczycy wymyślili WU WEI - żyj spokonie, nie przesadzaj, gdy się za mocno starasz to zepsujesz, każdy aspekt Twojego zycia ma swój tor i nim podążaj, jak chcesz skręcić to skręcaj łagodnie. To jest wu wei. Staram się tak życ choć to trudne. Lecz kiedy rankiem się obudzę to jestem z siebie dumny. Wiele razy zamiast zatrąbić na gnoja co mi droge zajechał mówię sobie "Wu wei stary, niech jedzie - może naprawdę się spieszy". 
W pracy mam wiele kłopotów, kosztują mnie wiele nerwów i stresu, po co jeszcze mam sam siebie nakręcac tym co się dzieje za szybą mojego samchodu? Ważne jest to co się dzieje przed szybą: gra spokojna muzyczka, wielki, ulubiony silnik pomrukuje spokojnie, kierownica kręci się lekko... po co ma mnie wnerwiać ktoś inny? Czy przez to szybciej dojadę? raczej nie...

piątek, 11 lipca 2008

Woow

Ależ dawno mnie tu nie było.

Zapragnąłem aż utworzyć nowy blog ale gdzieś wygrzebałem hasło i jestem tu znów, coś napiszę i zniknę w dali cicho...

Czy sie zmieniłem?
Nie. Dylematy pozostały te same. Światopogląd też.
Cały czas czekam na cud, który sprawi że wszystko sie zmieni...

Co ja gadam? Przecież każdy jest kowalem własnego losu, nie? Nie styka Ci cos w życiu? Wstań i idź. Idź albo zdechnij. Nie inaczej. Dlaczego sam tak nie umiem?

Zawsze wierzyłem w to, że wszystko jest w moich rękach ale dziś w to wątpie. Doprowadziłem się do sytuacji, która mnie męczy. Nie wiem co znią uczynić. Jak ten pies, który leży na gwoździu i wyje - boli go wystarczająco mocno zeby wyć ale za mało żeby wstać.
Tak i ja - leżę i wyje. 

Każdego prawie dnia myslę o swoim życiu. Czy to kryzys wieku średniego? Co? Od bardzo młodego wieku, od dnia w którym pierwszy raz poważnie pomyslałem o przyszłości - powiedziałem sobie: "nie chcesz chłopie byc przeciętny? To zachowuj się nie przeciętnie". I co? Gówno.

Dziś jestem tylko numerkiem w statystykach i co ciekawe zazwyczaj figuruję tam gdzie większość. Taki jestem nieprzeciętny. Żyłem z głęboką wiarą w swój geniusz do 30 roku, gdy nagle mnie uderzyła myśl oswiecona: jesteś chłopie cieńki. Może i jesteś dobry w tym czy tamtym. Ale w sumie to nie jesteś żaden geniusz, jesteś taki jak wszyscy.

Ale nie łamię sie tym, co to to nie. Jestem despota czy nie? Moja wiara w siebie choć podłamana pozostała nadal wielka. Rozwijam swoją przeciętnośc ponad normę aż do rangi sztuki... ale bzdura :))

Dekadencja mnie dopadła i tyle.

Każdy ma coś w sobie, nawet głupiec ma historię do opowiedzenia, tylko czy ja daję sobie szansę? Może coś muszę z tym zrobic? Może jakoś zadziałać. Kiedyć lubiłem miec plan A, plan B, a jak oba nie wypalą to jeszcze C i zarys planu D - a teraz? Marazm i tęsknota.

Ech kończę na dziś bo tylko sobie w łeb palnąć normalnie. 
Jutro będzie lepiej lub gorzej - w każdym razie inaczej. Może spełni się chińskie przekleństwo i będzie ciekawiej?

sobota, 17 lutego 2007

Pisanie na śniadanie

Czy pisanie ma sens? 


Co taki pamiętniko/notatnik wnosi? 


Czy ja go kiedykolwiek przeczytam? Czy dam komukolwiek do czytania? 


Wątpie we wszystkie powyższe pytania (Czy to po polsku? Można "wątpić w pytanie"?). 


Zastanawiam się czy ciągnąć ten nowy jak dla mnie zwyczaj. Nie należe do ludzi regularnych, nie notuję tu wszystkiego co się dzieje w moim życiu...


To co tu zapisuje to jakieś błache wydarzenia, które może dają minimalne światło na stan mojego ducha ale czy o to chodzi? Czy chcodzi tu o stan mojego ducha czy o to „jak było”? 


Ocenę czyjegoś postępowania można wyrazić tylko wtedy gdy weźmie się pod uwagę sytuację „jak było”. Fajnie byłoby do tej oceny przeczytać notatki pani C...


Z drugiej strony do takiej oceny bardzo (bardziej?) przydatny jest opis ducha, opis tego co dzieje się w środku...


Popiszę jeszcze troszkę, może jakoś wypracuję w sobię ten styl/sposób pisania.


Może wtedy ciekawsze będzie to dla innych, może sam chętniej do tego wróce czasami.

wtorek, 6 lutego 2007

Despota w roli kota

Czy życie dspoty jest łatwe?


Nie będę się zastanawiał czy życie _z_ despotą jest proste, bo to oczywiste i napisano na ten temat grube książki, ale czy ktoś się zastanawiał jak trudno ma despota? Co może w życiu codziennym zrobić ze sobą i swoją cechą?


Niby to proste: znajdzie sobie kurę, która zawsze się z nim zgodzi i już. Dzieci muszą go słuchać „z urzędu” i sprawa załatwiona. 


Praktycznie jednak to nie takie proste. 


Ja mówię: „Dziś nie idziemy na basen” a Ona: „Ale ja mam ochotę. Nie mógłbyś choć raz zrobić czegoś na co ja mam ochotę?”, i co? Mam przylutować, czy jak?


Zaczyna się dyskusja na temat tego co ja takiego zrobiłem dla Jej przyjemności i kiedy to było. Oczywiście Ona wszystko ma w pamięci zanotowane niczym w czarnym notesie. Jak z rękawa sypie datami i godzinami oraz faktami „okolicznym” (padało wtedy, ale było ciepło i koło nas siedziała taka parka i ona miała taką zieloną bluzeczkę…). Jaką mam szansę w takiej walce?


Najchętniej bym wyszedł (co i czasem czynię) ale zwykła, chłodna kalkulacja przekonuje mnie, że nie warto, bo do dyskusji o basenie (nie tylko o basenie) dojdzie jeszcze godzinny monolog pod tytułem: „Jasne, ja do ciebie mówię a ty wychodzisz” , nie żadko połączona z blokadą drzwi.


I tak z pozoru błacha sprawa basenu przeradza się w wielką rozmowę na temat miłości, poświęcania się i empatii i braku tychże u mnie.


Mógłbym oczywiście inaczej wyrazić swój brak chęci na basen dzisiaj. Np.: „Kochanie, bardzo mi się dziś nie chce pływać. Zostańmy w domu, co?”. Wtedy moja niezmiernie empatyczna połowica z pewnością przyjęła by to ze zrozumieniem - w myśl zasady, że akcja zawsze budzi reakcję - wtedy jednak nie byłbym despotą.


Tak naprawdę to był tylko przykład, takich sytuacji jest mnóstwo. Nie jestem w stanie każdej z nich z osobna zanalizować, w porę ugryźć się w język i wypowiedzieć zdania w innym, odpowiednim szyku (despotyzm przysłąnia czasem logikę i cyniczną kalkulację).


Myślę wtedy: „Zamieszkaj sam. Będziesz miał spokój”. Tylko czy to takie łatwe? Czy to tak proste jak wyjść i zamknąć za sobą drzwi? Chyba nie. Jak więc żyć? Co z tym zrobić?


Znaliśmy się pięć lat zanim zamieszkaliśmy razem. Czy mógłbym aż tak bardzo się „ukrywać”? Czy to możliwe że nie wiedziała jaki jestem? Czy może nadzieja, że jednak się zmienie? Dlaczego dwoje ludzi, robi sobie pod prąd? Co nas trzyma? Co powoduje, że mimo ciągłych, męczących nas oboje kłótni/sprzeczek/dyskusji ciągle na siłę mieszkamy?


Nie pragnę tu odpowiedzi. Nie pragnę tu ocen. Ja swoje wiem (przecież jestem despotą).


Czy to, że sobie zdaję sprawę z tego jest dobre? Chyba tak.


Czy to, że nie chcę tego zmieniać jest złe? Chyba nie. 


Czy na pewno?


Ja nie chcę nikomu robić krzywdy, nikogo zmuszać. Chcę świętego spokoju, chcę mieć biurko w stanie w jakim je zostawiłem. Chcę rano odnaleźć kluczyki w miejscu gdzie je wieczorem położyłem, choćby to była spłuczka w kiblu. Chcę nastawić budzik na 6, a rano zmienić zdanie i wstać o 9. Chcę wrócić z pracy i zjeść obiad. Chcę zjeść 10 razy pod rząd schabowego. Kurde, ja wiem, że bywam dziwaczny, ale własnie taki chce być i nie chcę się zmieniać.